|
Byłam w „Rozmowach w Toku”
Dziś opowieść z cyklu – za siedmioma górami, za siedmioma lasami było sobie studio TVN. Księżniczka Dulcynea (Dulcia dla Przyjaciół) rumakiem, o zwiewnym imieniu: Intercity, dojechała w bólach (dupka boli od kilku godzin w jednej pozycji, oj boli) do tej magicznej krainy. STOP.
Pani z telewizji ma mój kostium?!
Zacznę od tyłu (i nie mam tu na myśli tym razem sexu). Nie wiedziałam kiedy dokładnie ukaże się program, mówili, że za około 2-3 miesiące od nagrania. Pewnego dnia, z pewną dozą nieśmiałości – żartuję ;-) oczywiście, że z dużą dozą śmiałości, bawiłam się pilotem od TV (to nie prawda, że tylko faceci lubią to robić). I nagle zobaczyłam JĄ…. Zatrzymałam wzrok na dłużej, poczułam przypływ adrenaliny i krzyknęłam – kurde - ta pani w telewizji ma mój kostium (jak ona mogła hi hi). Me irracjonalne zachowanie zaintrygowało moją mamę, które wleciała do pokoju, popatrzyła na ekran i powiedziała – „racja droga córciu – opakowanie się zgadza, tylko to nie jakaś tam pani, a TY”. Wiecie - zatkało mnie. Codziennie widzę się w lustrze (rano powiedzmy bliżej mi do ufoludzi niż człowieka, ale już popołudniu niczego sobie babeczka), oglądam zdjęcia ze mną w roli głównej czy pobocznej i co? I ja siebie nie poznałam. Zajawkę puszczano przez cały tydzień, o różnych porach dnia. Widziałam się łącznie pewnie ze 20 razy albo i więcej i dopiero w piątek, przed emisją programu, przyzwyczaiłam mózgownicę do tego, że to ponoć ja ;-).
Która strona to prawa?
Podróż do Krakowa bardzo długa była. W budynku TVN czekał już na mnie przemiły, młody mężczyzna, o radiowym głosie. Otoczył mnie swoją opieką i stawał wręcz na głowie, aby cały pobyt w studio upłynął mi w bardzo miłej atmosferze. Nie bałam się w ogóle, wręcz śmiałam i byłam na luzie – do czasu mojego nagrania. Pan operator poinstruował mnie po cichutku, iż mam przejść przez ciemny korytarz i na końcu skręcić w prawo. I wiecie - w tym właśnie momencie strach doskoczył mi do gardła, obezwładnił moje cztery biedne kończyny plus zawiązał brzuszek na supełek. Zaczęłam krzyczeć w duszy - o rany, która strona to prawa??? (nie wiem jak wy, ale ja mylę kierunki). Wydaje mi się teraz, po czasie, że to był strach przed nagraniem, ale w tamtej chwili liczył się dla mnie tylko kierunek zakrętu ;-).
Rany! To Ewa Drzyzga!
Nie wiem jak, ale ruszyłam z miejsca, przeszłam ciemnym korytarzem i weszłam do… jasnej, małej sali, gdzie publiczność przywitała mnie gromkimi brawami. Kurcze, w ekranie telewizora sala wydaje się o wiele większa. Przede mną wyłoniła się filigranowa postać, z ręką wyciągniętą na przywitanie. I wiecie co zrobiłam? Nic, bo przez setną sekundy pomyślałam, że trafiłam nie do tej sali, że źle skręciłam, że pomyliłam kierunki, że znalazłam się na planie innego programu z nieznaną mi prowadzącą. Dopiero jak usłyszałam jej głos, doszło do mnie że.. to Ewa Drzyzga. Rany! jaka ona drobniutka i malutka. W telewizorku jest kobieca, a tu wręcz dziewczątko. Podałam jej oczywiście łapkę (pocałuj żabkę w łapkę ;p) na przywitanie i zasiadłam.
Weście mi ją, bo nie wytrzymam
Ewa zaczęła zadawać pytania. Temat - jak Wam ostatnio zasygnalizowałam, dotyczył mężczyzn na wesoło. Na początku byłam bardzo spięta i wystrachana, ale Spryciula Ewa tak prowadziła rozmowę, iż strach opuścił moje ciało na dobre. Z sekundy na sekundę zaczęłam być bardziej swobodna, aż w końcu…. stałam się sobą. Zaczęłam opowiadać o swoich prześmiesznych randkach, z prześmiesznymi panami, przystosowanymi do życia w nieco inny sposób niż jest ogólnie przyjęty (to taki grzeczny sposób na określenie palanta). Każdą z sytuacji (choć były to spotkania czasami traumatyczne, smutne i przykre) starałam się obrócić w żart i opowiedzieć o niej z dużą dawką śmiechu. I wierzcie mi - jak się rozbujałam, to Ewa kilkukrotnie siadała na krzesełku i mówiła: „Weście mi ją, bo nie wytrzymam”, ona płakała ze śmiechu. Bardzo fajnie się bawiłam i mam nadzieję, że publika nie zapomni mnie do końca życia, bo przez pół godziny było luzacko, kolorowo i bardzo, bardzo zabawnie. To był program komediowy, optymistyczny, miał dawać nadzieję, że nawet jak trafi Ci się randka do dupy albo do dwóch dup, jak kolejny facet Cię zawiedzie, to nie możesz się załamywać, masz babo placek i przyj, przyj do przodu, bo …. za chwilę na swojej drodze spotkasz jeszcze większego świra, popaprańca czy fisia. Bawmy się i cieszmy tym, że mamy ich za darmo, bo np. za wizytę w zoo trzeba płacić. Już nie mówię o lotach na księżyc- nie dość, że kosztowne, to dla mających chorobę lokomocyjną wręcz nie do przejścia. A tak, tu na ziemi, bez rewolucji w brzusiu mamy prawdziwych ufoludków. Wyluzujmy, popatrzmy na siebie i na otaczający świat z lekkim przymrużeniem oka, a od razu zrobi nam się lepiej.
A miało być wesoło
I w końcu nadszedł magiczny piątek i moja telewizyjna premiera. I co zobaczyłam? Że program komediowy, jakim faktycznie był, stał się programem smutnym, depresyjnym i przygnębiającym. Zdaję sobie sprawę, że z 30 minut nagrania wybieranych jest 5 -8 minut „najciekawszych”, ale to, co zostało zmontowane ni jak się miało do pierwotnego przesłania. Z moich wypowiedzi zostały ukazane te, z samego początku, jak jeszcze nie było tak wesoło na sali, jak jeszcze byłam bardzo spięta, zostały pokazane zdania, które w kontekście całości niosły radość, ale pozostawione same sobie - smutek i żal. Cóż mogę powiedzieć - byłam zawiedziona. Chciałam wszystkich w Polsce rozśmieszyć moim występem, chciałam, aby wszyscy byli świadkami tej niepowtarzalnej atmosfery, jaka zagościła w studiu, chciałam zobaczyć jeszcze raz Ewę z radosnymi łzami w oczach… a wyszło poważnie, nawet za poważnie. Wiecie - codziennie jestem bombardowana na około - w radio, telewizji czy prasie smutnymi niusami ze świata. Czy to pomaga w życiu? Może niektórym z Was tak, ale mi pomagają romantyczne komedie z happy endem, bajki, historie, które nie działają destrukcyjnie na układ pokarmowy, nerwowy i jaki tam chcecie. Jeżeli coś jest wesołe, śmiesznie, radosne, jeżeli niesie pozytywną energię, to proszę, nie zmieniajmy tego, nie szukajmy na siłę smutnej sensacji, bierzmy z życia, a wręcz domagajmy się tego, co dobre – bo to daje siłę, aby następnego dnia wstać i z uśmiechem na twarzy obrać kierunek na przyszłość.
Nie żałuję swojego epizodu w „Rozmowach w Toku”. To kolejne, ważne doświadczenie w życiu. Poznałam przecudnie miłych ludzi i chociażby dla nich warto było tam być.
Dulcia
|